Monogamia

Osoba, która mnie zgwałciła nauczyła mnie uczuciowości.
Stąd rażący dysonans poznawczy względem jego osoby.
Nie dał się zwieść mojej masce niezależnej materialistki, traktującej mężczyzn przedmiotowo. Wręcz przeciwnie. Otworzył mi oczy.
Przedarł się przez moją powierzchowność.
Zdobył moje zaufanie i pokazał, że nie muszę stosować schematów zachowań, jakich oczekuje ode mnie miłość mojego życia.
Mężczyzna mojego życia oczekiwał ode mnie chłodnej relacji skupionej na seksie, braku jakichkolwiek uczuć wyższych. Nie chciał, bym przekroczyła granicę jego codzienności.
Natomiast z A. który mnie zgwałcił rozmawiałam sporo o monogamii, a także zespole madonny i ladacznicy, który dla mężczyzny uosabia 2 modele kobiet- tę cnotliwą, porządną i tę zmysłową, wyuzdaną.
Mężczyzna, którego kocham posiada przy boku dwie kobiety- wieloletnią przyjaciółkę pozbawioną jakichkolwiek popędów, czy namiętności względem jego osoby oraz mnie- młodą, chętną ku realizacji jakiejkolwiek potrzeby pojawiającej się u mojego partnera.
Nie miałam świadomości jak bardzo słowa A. uderzą w moje ściany, dopiero gdy po wymuszeniu na mnie czynności seksualnych, moja miłość podjęła ze mną po raz kolejny temat naszej relacji.
Nie chce, bym usychała z miłości do niego. Nie chce tego. Nie jestem w jego typie, on nie rokuje na przyszłość oraz NIE CHCE wplątywać się w relacje opatrzone zaangażowaniem. Mam znaleźć sobie partnera, z którym będę się realizowała na wszystkich życiowych płaszczyznach , a do niego będę przyjeżdżała na sporadyczny seks, który on będzie traktował jako wartość dodaną, nie będzie mnie miał na sumieniu.
Wówczas uświadomiłam sobie, że gwałciciel miał wpływ na diametralną zmianę mojego myślenia.
To nie była kwestia wiary w słowa pochodzące z ust autorytetu. To nie była ślepa wiara.
Ja to po prostu poczułam. Przejęłam sposób zachowania, o którym mi opowiadał.
Kiedyś byłabym w stanie zdecydować się na układ, który proponował mi mój mężczyzna.
Obecnie w mojej głowie istnieje jedna zasada. Wierność swoim przekonaniom. Wierność swojemu stylowi życia. Bo co to za życie, gdy oszukujemy sami siebie? Co to za namiętność oparta na suchej kopulacji dająca krótkotrwałą satysfakcję?
Nie mam pojęcia, czy mój punkt widzenia jest słuszny oraz czy jego zmianę można nazwać progresem, czy regresem. Czy z biegiem czasu powinnam być bardziej oziębła, czy tym bardziej skłonna zadurzyć się w tym jedynym?
Po prostu zrozumiałam to. Mój mężczyzna sam zabiera sobie rozkosz płynącą z rozwijania relacji.
Nie ma czegoś takiego jak związek, w którym realizuje sie wszystkie swoje zamierzenia, po czym wpada się w objęcia kogoś innego. Coś takiego nie istnieje.
Całe zajście utwierdziło mnie również w przekonaniu, że moja miłość jest czysta i prawdziwa.
Mimo błogosławieństwa i wdzięczności, którymi paradoksalnie obdarzył mnie mój gwałciciel ucząc mnie nowego podejścia nie mam pojęcia, czy wierzył w słowa i idee, które głosił.
Zachował się skrajnie różnie od tego, co przedstawiał.
W najbliższym czasie podejmę temat monogamii z moim mężczyzną.
Być może w jego myśleniu nastąpi przełom taki, jaki nastąpił w mojej głowie.

Ratujmy kobiety

Poniższy wpis będzie dwuskładnikowy.
Piszę go w chwili obecnej na chłodno, po osiągnięciu wewnętrznego spokoju, który pozwolił mi szerzej zanalizować sytuację, która mnie spotkała.

Jestem osobą skrajnie odpowiedzialną. Co mam na myśli używając tak dziwnie brzmiącego określenia? Mam na myśli to, że zdaję sobie sprawę z konsekwencji jakiegokolwiek swojego działania, mogącego rzutować na moją przyszłość bliższą lub bardziej odległą.
W sytuacjach podbramkowych uruchamia się w mojej głowie stan chłodnego opanowania, który umożliwia mi podejmowanie szybkich i skutecznych decyzji.
W bardziej emocjonalnym poście poniżej pisałam o tym jak zostałam zgwałcona. Abstrahując od kontekstu sytuacji chciałabym opisać, co spotkało mnie później.
Rzecz jasna pierwszym krokiem, który musiałam poczynić było skierowanie się do lekarza w celu prośby o wypisanie tabletki na antykoncepcję awaryjną. Mój „przymusowy” partner był wówczas ze mną. Absurdalna sytuacja, prawda? Swoisty syndrom sztokholmski. Do rzeczy, by nie zgubić się w dygresjach.
Udałam się na pogotowie ratunkowe mieszczące się w pobliżu mojego miejsca zamieszkania. Poprosiłam o konsultację lekarską uprzedzając, że zależy mi na czysto formalnej sprawie. Odmówiono mi. Swoista „spychologia”: „my co prawda mamy lekarza, ale jesteśmy tylko pogotowiem wyjazdowym, a ten lekarz pani tego nie wypisze, my go znamy, naprawdę dobrze pani radzimy”. Podziękowałam za sugestię ponieważ ostatnia rzecz, do której bym dążyła to wygenerowanie sytuacji konfliktowej i udałam się na dyżur szpitalny, pod adres, w który mnie odesłano.
W 1 szpitalu (a 2 miejscu docelowym) zastałam ok. 60 letnią panią na rejestracji, która odmówiła mi konsultacji z lekarzem, tłumacząc, że dyżur lekarski odnosi się do nagłych zachorowań, nie do tego typu „wybryków”. Chwila konsternacji, stwierdziłam, że wchodzenie w polemikę z tą osobą jest zbędne i zapowiedziałam, że mimo wszystko zapytam Pani doktor, czy zechciałaby wypisać mi receptę.
Pani doktor z nieukrywanym oburzeniem odmówiła zasłaniając się klauzulą sumienia oraz podkreślając chyba z 6 razy, że „ma prawo odmówić”. Faktycznie. Nie tracąc nadziei udałam się do kolejnego szpitala (3 miejsce docelowe). Również mi odmówiono.
Przechodząc w stan nerwowego komizmu (z nerwów się już śmiałam) złożyłam wizytę ostatniej placówce (4 miejsce docelowe).
Nie owijając w bawełnę na wejściu powiedziałam Pani siedzącej na ochronie co mnie sprowadza, ona przekazała lekarzowi bezpośrednio w czym rzecz i docierając na miejsce zastałam już wypisaną receptę.
Dowiedziałam się, że kruczek prawny zabrania wypisania jej i Pan doktor powinien przyjąć mnie na oddział i dopiero wówczas kontrakt z NFZ obejmowałby możliwość wypisania ów złotej recepty.
Tyle, że w takich okolicznościach byłaby już zbędna.
Następnie odwiedziłam 8 aptek na terenie całego województwa w celu wykupienia tabletki, która, ujmując rzecz patetycznie, uratowała mi życie. O godz 5 rano dotarłam do domu, sprawę uznając za zamkniętą.
Refleksja?
Jeśli chodzi o emocje- całe napięcie i presja zaistniała wokół całego zajścia pomogły mi uporać się z wewnętrznym bólem i poczuciem odebrania godności, które rzecz jasna później mimo wszystko się pojawiły.
Wciąż miotam się pomiędzy skrajnym poczuciem skrzywdzenia, świadomością, że „gorsze rzeczy się na świecie dzieją” i punktem widzenia, że osobista tragedia jest indywidualna i nie ma tu żadnych ram normujących to, co jest złe, a co bardziej złe.
Refleksja na temat postawy przedstawicieli służby zdowia.
Absolutnie nie rozumiem postawy osób, z którymi miałam wątpliwą przyjemność skonfrontować mój problem.
Oczywiście nie szkicowałam każdemu z osobna kontekstu sytuacji, tylko mówiłam, że potrzebuję dostępu do antykoncepcji awaryjnej i odpowiadałam na pytanie kiedy odbył się stosunek.
Podczas mojej wizyty w ostatnim szpitalu, w którym uzyskałam receptę zaczęłam rozmawiać z lekarzem oraz osobami z oddziału na temat moich wcześniejszych przejść i wszyscy zgodnie stwierdziliśmy, że moja postawa jest godna uznania, zachowałam się po prostu dojrzale i odpowiedzialnie.
Gdybym była kobietą lekkomyślną prawdopodobnie nawet przez myśl by mi nie przeszło załatwienie sprawy w ten sposób.
Gdybym była kobietą lekkich obyczajów również.
Pewne ideologie w naszym kraju idą zdecydowanie w złym kierunku. Starają się stłamsić odpowiednie zachowania, skłonić do urojonej „pokory”, tymczasem najistotniejsza jest tu wolność wyboru.
Sprawa antykoncepcji zarówno samej w sobie jak i awaryjnej nie powinna być interpretowana w odniesieniu do wymiarów etycznych, czy prawnych.
Uważam, że postąpiłam słusznie. Biorąc na klatę to, co się wydarzyło zdołałam się uchronić przed ewentualnymi konsekwencjami.
Przerasta mnie ograniczony światopogląd osób, które spotkałam zanim trafiłam na tę właściwą. Nie mam pojęcia jakimi wartościami się kierowały.
Ten post traktuję jako osobistą terapię, dlatego jest w pewnym stopniu chaotyczny i poprzedzony wieloma mniej lub bardziej ważnymi myślami.
Z reguły nie wracam do postów, które publikuję, ponieważ są to dla mnie w większości druzgocące przeżycia, jednak tutaj jestem naprawdę ciekawa waszej opinii.
Za każde odniesienie będę wdzięczna.

Gwałt

Gwałt.
Mocne słowo. Kojarzy nam się z jednoznaczną scenerią, gdzie obcy mężczyzna, bądź mężczyźni dopadają bezbronną kobietę i wykorzystują wbrew jej woli.
Najczęstsze rozważania jakie słyszymy w kwestii podsumowania tego czynu, to deliberacje na temat tego, czy dziewczyna ‚sama nie prowokowała’, bądź czy zwyczajnie nie pchała się w paszczę lwa idąc samotnie wieczorem niechlubną częścią miasta.
Kolejny typ rozważań ma na celu uświadomienie jak najliczniejszej warstwie społecznej ze gwałty nie dotyczą wyłącznie kobiet. I tak to się kręci. W kółko powtarzane.
Szczerze współczułam i solidaryzowałam się z ofiarami gwałtu jednak w chwili obecnej po własnych przeżyciach pragnę zaznaczyć, że kazdy posiada własne granice intymności i gwałt nie odnosi się do sfery stricte fizycznej mówiąc ściślej- do stosunku.
Moim zdaniem gwałt nie odnosi sie wyłącznie do sfery fizycznej w rozumieniu ‚nie znamy się, a ty dotykasz mnie w ten sposob’, bądź ‚za wcześnie na ten krok’
Ostatnio poznałam faceta. Był przemiłym człowiekiem. Dawał mi oparcie i oferował bliskość na poziomie przyjaźni ktorej nigdy nie doświadczyłam. Jestem osobą otwartą, nie uznającą konwenansów, mezaliansów.
Dzień wcześniej zaproponował mi seks. Odmówiłam. Już drugi raz. Wyraziłam się nawet: ‚jeśli jutro bym się z tobą przespała, poczułabym się jak szmata’. Miałam bardzo cienkie poczucie gruntu w tej relacji. Za mało się znaliśmy. Nigdy nie pozwalam sobie na tego typu przygody. Następnego dnia pojawiłam się u niego w mieszkaniu zaznaczając wcześniej, by pamiętał naszą wczorajsza rozmowę i to, na czym stanęło.
Odparł, ze mnie zaprasza pod nr 189. Poszłam.
Próbował, bardzo nachalnie. Najpierw próbowałam się temu poddać tłumacząc sobie, że przeciez uznaję go za atrakcyjnego faceta, moje fantazje uwzględniające jego osobę rownież to potwierdzały. Czułam się źle, ale próbowałam sie temu poddać. Gdy bylismy juz rozebrani poczułam ze nie moge zrobić czegoś wbrew sobie. Poczułam sie zgwałcona przez fakt, ze nie uszanował mojej woli. Uprzedzałam. Znam siebie i reakcje mojej psychiki.
Momentami czułam lęk, ale słyszałam swój głos mówiący stanowczo ‚odpuść mi dzisiaj, proszę’, ‚nie dam rady’. Próbował na wiele sposobów. Skończyło się na czymś pomiędzy stosunkiem, a intensywnymi pieszczotami . Zdołałam zachować resztki godności. Mimo wszystko czuję się dumna ze swojej asertywności. Po powrocie do domu nie spałam przez całą noc. Historia ma wiele odrębnych aspektów, które złożyły sie na moje reakcje względem tego człowieka. Moj serdeczny przyjaciel powiedział, że sama pcham się w paszczę lwa. Zabolało. Zdecydowanie nie zgadzam się z tego typu rozumowaniem. Jestem osobą podejrzliwą, nieufną, ale jak zweryfikować intencje nowo poznanej osoby? Godziny, ktore spędziliśmy na rozmowach o naszym podejściu do wielu spraw mimo lęku, obaw przekonały mnie do tego, ze uszanuje moją decyzję. Podkreślam- składając mu swoją pierwsza wizytę nie ufałam mu. Nie. Na to było o wiele za wcześnie. Jednak miałam nadzieję że mnie po prostu uszanuje.
To wszystko. Po krótce.
Czuję jeszcze na swoim ciele ślady wczorajszego rozczarowania, jednak staram się trzymać. Nigdy wczesniej nie przeżyłam czegoś podobnego. Stąd reflekcja i późniejsza konkluzja, że ‚gwałt’ to niekoniecznie gwałt, taki jaki podsuwa nam przesycona medialną propagandą wyobraźnia. Tak, czuję się zgwalcona.

Powrót do korzeni

Dawno mnie tu nie było. Powodem był rzecz jasna fakt, że dobrze powodziło mi się w życiu. Ukończyłam liceum, zdałam maturę, dostałam się na studia. Poznałam chłopaka. I tu właśnie nastąpił początek katastrofy. „Katastrofa” to zbyt jednostajne określenie, bo jak zwykle z tego krótkiego związku wyniosłam wiele lekcji na temat mojej osobowości i moich oczekiwań. Jestem też odrobinę zdezorientowana, ale myślę, że w gruncie rzeczy pierwsze konkluzje mają jakikolwiek sens.
K wydawał się być idealny. Po moich wcześniejszych doświadczeniach damsko męskich uznałam, że nie będę spotykała się z facetami po szkołach zawodowych, bez ambicji. Mam na tym tle swego rodzaju kompleks i mimo tego, że zdaję sobie sprawę z tego, że istnieje wiele takich związków i w dzisiejszych czasach nie jest to mezalians, to u mnie wywoływało to swego rodzaju agresję i ciągłe próby wpłynięcia na tę drugą osobę, by zmieniła swoje nastawienie do życia. A rzecz jasna nie prowadzi to do niczego dobrego. K studiował 2 kierunki. Chodził na siłownię, do tego pracował. Pochodził z zamożnej, stabilnej rodziny z zasadami. Powodowało to u mnie minimalny dyskomfort, ponieważ w jego domu brakowało mi rodzinnej, ciepłej atmosfery, którą zastąpiły kalkulacje finansowe i ciągła, niekończąca się praca.
K przedstawił się jako mężczyzna zdecydowany, ambitny, pewny siebie. Miał na siebie pomysł, plan i dążył do tego, by go realizować. Jednak po drodze ze mnie zrezygnował.
Myślę, że nie był świadomy tego, że decydując się na związek trzeba odciąć kolejny kawałek czasu i przeznaczyć go na tę drugą osobę. Był sfrustrowany tym, że nie był na siłowni, zawalał po drodze mnóstwo spraw, wisząc ze mną na telefonie z ciągłym pytaniem na ustach „czy załatwiłeś…?”. Niezorganizowany, wiecznie spóźniający się, nie szanujący cudzego czasu. Zawsze powtarzał, że ma ogromne ego. Tak było. Szkoda tylko, że to ego zaważyło na naszej wspólnej przyszłości.
Refleksje? Uświadomiłam sobie, że bycie z drugą osobą nie jest oparte o to, czy ta druga strona ma melancholijny, stonowany temperament, czy jest tak bardzo charakterna jak my. Czy lubi te same rzeczy, co my, czy wydaje bezmyślnie pieniądze, czy chorobliwie je oszczędza.
Wspólne szczęście to wytrwałość. Potrzebuję faceta, który by mnie walczył, pokazał mi, że jak powiem ‚nie’, to on powie „tak” i koniec. I, że nie wyjdzie dopóki nie wyjaśnimy sobie tego, a tego. Rozstania biorą się z separacji. tzw. „czasu do przemyślenia”. Jestem typem osoby, która jest nade wszystko szczera i autentyczna. Nie każdy chce się z tym skonfrontować. I tak przebiega mój powrót do korzeni. Znów te same osoby, przyjaciele, którzy pozostaną ze mną na zawsze. Ci, którzy unikają rad, ale zawsze słuchają. Tak bardzo różni ode mnie. Mam w nich oparcie, mimo tego, że gdy wkraczam w kolejną znajomość oddalamy się od siebie. Nie oceniają, nie pocieszają. Po prostu słuchają. Jak drzewa. Idąc tropem metafory korzeni. Jak drzewa, które pozwalają nam się o siebie oprzeć i chronią nas w przed słońcem. Doceniam ich. Naprawdę ich doceniam.

Depresja

Ogarnął mnie depresyjny nastrój.
Zbyt często zastanawiam się nad przyszłością. Jestem niestety na etapie wśród którego nie znajduję priorytetów w swoim życiu, marzeń, aspiracji. Myślę, że w moim przypadku opiera się to o brak osoby u boku.
Ale z drugiej strony ile razy powtarzano nam, że samoakceptacja jest dopiero wtedy, gdy nie potrzebujemy do samorealizacji drugiej osoby?
Wróciłam z pracy. Z pracy dorywczej, która nijak nie ma się do rzeczy którą chciałabym robić w życiu. A co jest rzeczą, którą chciałabym robić w życiu?
Nie ma takiej.
Zawsze byłam ambitna. Jestem osobą niebywale inteligentną i dojrzałą jak na swój wiek, ale niestety- w czysto edukacyjnym podejściu nie znajduję dla siebie nic interesującego. A doświadczenie już nie raz odstraszyło potencjalnych kandydatów na różnorakie kierunki studiów, którzy nie byli do końca zdecydowani, bądź zdeterminowani, by na nich wytrwać.
Nie wiem.
Nie wiem już sama nic.
Zawsze zauważałam różnicę w poziomie intelektualnym osób z którymi rozmawiam będąc w pracy, w marketach, ale teraz zastanawiam się, czy nie czas przeprosić się z ambicją, skoro doskwiera mi brak planu na siebie i z pokorą przyjąć najgorsze.
Nie wiem.
Nie wiem.

Przyjaźń

Definicji przyjaźni jest wiele.
Od tych spłycających ów relację do ilości wspólnie spędzonego czasu i podobnych poglądów, do tych gdzie wśród patetycznych treści można wydedukować, że przyjaciel jest tym, który rzuci w danym momencie dla nas wszystko i zaoferuje swoją pomoc, odkładając na bok swoje priorytety.
Ludzie również dzielą się na tych, którzy będąc osobami społecznymi, otwartymi, posiadają mnóstwo znajomych oraz tych, którzy będąc z reguły introwertykami otaczają się kilkoma najbliższymi przyjaciółmi.
Jak wielu ludzi, tak i wiele teorii, wydaje mi się, że nie mamy bezpośredniego wpływu na osoby, na które natrafiamy na swojej drodze.
Oczywiście, mamy wpływ na to kto pozostanie w naszym życiu, mamy możliwość selekcji tych osób, jak i zmiany środowiska w którym egzystujemy, jednak dodałabym do powyższych grup również tę, która wśród przyjaciół stawia ludzi przypadkowych. I nie jest to żaden negatyw. Tak się zdarza.
Nie jest to od nas zależne.
Człowiek jest istotą stadną i wymaga atencji, każdy musi mieć osobę, która zaspokoi tę potrzebę. Niektórym wystarcza niezobowiązująca rozmowa w sklepie podczas kasowania produktów, bądź pogawędka w tramwaju, inni potrzebują rozmowy na poziomie, poruszającej głębsze kwestie.
Zawsze skupiałam się na ludziach wnoszących coś w moje życie.
Skłamałabym mówiąc, że należę do tej grupy, wśród której znajdują się osoby posiadające paru najbliższych przyjaciół, traktujący resztę z dystansem. Należę do tej trzeciej grupy.
Faktem jest też to, że jestem niesamowicie wymagającą osobą w kwestii doboru towarzystwa. Wiele lat poświęciłam na analizę własnego charakteru i refleksje nad osobowością pasującą choć w minimalnym, zachowawczym stopniu do mojego. Szukałam „typu” osoby, którą byłabym w stanie tolerować w swoim otoczeniu w dłuższej perspektywie czasu. W kwestii znajomości jestem bezkompromisowa, selekcjonuję bardzo drastycznie ludzi na tych, z którymi utrzymuję stały, regularny kontakt. Nie interesuje mnie nic pomiędzy.
Dziś usłyszałam, że przyjaźń kształtuje obopólna potrzeba kontaktu nie naruszająca normalnego trybu życia dwóch osób. Usłyszałam to od osoby, którą szanuję i cenię przez wzgląd na doświadczenie życiowe.
Zastanawiałam się, czy jak i ludzi, tak i również definicji przyjaźni jest wiele, czy po prostu któreś z nas jest w ogromnym błędzie.
Jeśli mówimy o rzeczach, których oczekuję od swojego potencjalnego przyjaciela, to jest to przede wszystkim doskonała znajomość moich reakcji.
Lubię mieć świadomość, że ktoś zna mój gust, wie dokładnie jak mogę się za chwilę zachować, czy jakiś aspekt mi się podoba, czy nie.
Drugą kwestią jest rozmowa. Pierwsza rzecz wynika z tej drugiej, jednak rozmowa zanim się poznamy różni się od tej, o której chcę teraz powiedzieć, czyli gdy jesteśmy już przyjaciółmi.
Rozmowa to dla mnie sedno całej relacji. Potrzebuję jej z częstotliwością, której nie jestem w stanie opisać.
Trzecią rzeczą jest wsparcie. Wiąże się ono również z obiektywną oceną sytuacji i mojej osoby, konstruktywną krytyką. Lubię, gdy ktoś słucha i odpowiada.
Najprostsza z możliwych zasad komunikacji. A jednak znaleźć prawdziwego przyjaciela to takie trudne, prawda?

Cierpienie

Zdarzyło mi się w życiu cierpieć. Odczuwać przeciągły, wewnętrzny ból, który pozostał we mnie na lata i prawdopodobnie zostanie ze mną do śmierci.
Nie przeżyłam przemocy w domu, alkoholizmu najbliższych, czy jakichkolwiek innych uzależnień, moja rodzina nie była kompletna, ale nie miało to większego wpływu na moje cierpienie.
Relacje rodzinne są różne. Środowiska z których pochodzą nasi rodzice są niejednokrotnie zupełnie odrębne, co nadaje nam dwa różne drogowskazy w życiu. Tak również było w moim przypadku.
Pierwszą osobą, która poważnie mnie zraniła był mój dziadek.
Nie był moim dziadkiem w linii biologicznej, jednak zawsze podkreślam z pełną świadomością swoich słów, że był tym prawdziwym.
Byłam niesfornym dzieckiem, miałam w sobie mnóstwo przekory, złośliwości, nie można było mnie zostawić samej na sekundę. Byłam uosobieniem dziecka z koszmarów, które nie jest pociechą rodziców, tylko wiecznym źródłem kłopotów i ciągłych rozmów z panią przedszkolanką.
Dziadek kochał mnie bezgranicznie, mimo tego, że nie byłam jego „prawdziwą” wnuczką. Nie miałam ojca, ale z całą pewnością czytając odsetek artykułów czasem o charakterze prześmiewczym, odnoszącym się do troski ojcowskiej względem swojej córki mogę sobie choć w minimalnym stopniu wyobrazić co autorzy ów artykułów mieli na myśli.
Dziadek poświęcał mi cały swój czas. Pewnego dnia dostał wylewu krwi do mózgu, nie pamiętam dokładnie z wiadomych przyczyn mojego młodego wieku oscylującego w granicach wczesnych klas podstawówki jak miał się jego stan zdrowia zaraz po ustabilizowaniu jego parametrów i ostatecznego przywrócenia go do życia, pamiętam jedynie, że sprawy miały się ku lepszemu. Podleczono go i zmieniono szpital. Znajdował się on na zupełnym pustkowiu i był budynkiem organizacji dobroczynnej sióstr zakonu, którego nazwy nie przytoczę. Pamiętam niezrozumiałą dla mnie oschłość ów kobiet mijających mnie na korytarzu, tamto miejsce pamiętam dokładnie. Układ ścian, umiejscowienie krzeseł, łóżek, po dziś dzień pamiętam zapach jaki błąkał się po tamtym miejscu. Byłam wówczas dzieckiem i nie rozumiałam powagi sytuacji, dziadek bardzo chciał mnie widzieć, ja jednak zajęta byłam grą na jednym z pierwszych telefonów wchodzących na rynek, nudziło mnie przesiadywanie na sali chorych. Bałam się obcych ludzi tam leżących, atmosfery „umieralni” tam panującej. Bardzo chciał mnie widzieć, wciąż prosił o moją obecność, ja jednak wolałam siedzieć na zewnątrz i wpatrywać się w ścianę, bądź grać na pieprzonym telefonie.
Dziadek zmarł.
Stąpam twardo po ziemi i nie wierzę nawet w istotę czystej intuicji, jednak gdy otworzyły się drzwi klasy i stanęła w nich moja mama zapytałam tylko „dziadek?”.
Deja vu. Znów pamiętam układ ścian, drzwi, krzesła, które mijałam wychodząc z klasy za mamą. Pewnie nigdy nie zapomnę.
Prawdopodobnie nigdy nie poradzę sobie z żalem, który ściska moje serce za każdym razem na wspomnienie mojego ówczesnego zachowania i postawy względem człowieka, który tak bardzo mnie kochał.
W życiu zraniło mnie parę osób. Postaram się wznowić wątek, jednak teraz emocje nie pozwalają mi odtwarzać tak dotkliwych wydarzeń w jednym ciągu.

Samotność

Przyzwyczajenie druga naturą człowieka. Nigdy nie miałam okazji utwierdzić się w przekonaniu co do słuszności tych słów.
A sposób, w jaki to sprawdziłam był niezwykle prosty, a mianowicie chodziło o sport. Zawsze byłam wysportowaną, aktywną osobą. Pewnego dnia poza rekreacją postanowiłam rozpocząć kompleksowy trening, od deski do deski chciałam przerobić jeden program treningowy. Udało mi się spełnić ów postanowienie, jednak było to dla mnie wybitnie uciążliwe. Pamiętam, że wówczas wiele osób ze sportowego środowiska mówiło mi, że początki są trudne, ale po miesiącu się przyzwyczaję. Gdzieś też wyczytałam, że właśnie po miesiącu nasz umysł zaczyna przyswajać pewne rzeczy jako nawyki.
W moim przypadku reguła absolutnie się nie potwierdziła.
Przechodząc jednak do meritum, człowiek jest istotą stadną. Ja również zawsze byłam towarzyska, nie byłam niesamowicie społeczną osobą, jednak starałam się zachować harmonię i dzieliłam swoje życie na sfery, w których znakomicie się odnajdywałam. Czas na relaks, czas dla siebie, czas dla znajomych. Harmonia, ot co.
W pewnym etapie życia zaczęło do mnie docierać, że ludzie się alienują. Zaczęłam zauważać te zjawisko wkraczając w dorosłe życie. Uderzyło mnie to, że osoby wśród których przebywałam nie odczuwały potrzeby lojalności względem drugiej osoby.
Zrozumiałam, że każdy stara się pozostać neutralny i zmierzać tylko i wyłącznie za swoim interesem. Zauważyłam, że ludzie z mojego otoczenia zaczęli chadzać samotnie do miejsc, które zawsze uznawałam za te, do których przychodzi się w celu obcowania z ludźmi. Na przykład kino. Dla mnie samotny seans był czymś niewyobrażalnym i zupełnie mijającym się z celem. Powstała wokół nich aura niezależności, wręcz niedostępności. Nie mogłam i wciąż nie mogę pojąć dlaczego tak się stało.
Jestem osobą niezwykle sentymentalną i chciałam mieć łapiące za serce wspomnienia z czasów młodości, a tymczasem wszystkie pozytywne momenty były zastępowane goryczą, z którą nie mogłam sobie poradzić.
Zjawisko samotności jest w dzisiejszych czasach powszechne. Znam wielu samotnie żyjących mężczyzn po przejściach. Rzecz, którą zauważyłam zacieśniając z nimi relacje była dla mnie zaskakująca.
Ci mężczyźni byli również przepełnieni goryczą, niezadowoleniem, ogólnym zawodem, jednak tkwili w bezgranicznej akceptacji względem swojej codzienności. Co więcej, nie byli otwarci na zmiany. Wręcz przeciwnie. Zawsze zastanawia mnie, czy to przyzwyczajenie, czy lęk przed kolejnym zawodem powstrzymuje ich od zmian?
Niegdyś bliska mi znajoma powiedziała, że powinnam się przyzwyczajać do samotnych wypadów do kina, do samotnego bywania w barach, samotnych wyjazdów wakacyjnych, bo dorosłe życie na tym polega. Czy aby na pewno tak jest?

Związki

Trafiłam dziś na scenę w filmie, gdzie były mąż pewnej kobiety poznaje jej obecnego partnera.
Mężczyzna mający stabilne życie, kochającą rodzinę, dzieci z nową partnerką po ujrzeniu byłej żony w objęciach innego mężczyzny popadł w furię. Sytuacja wywołała w nim wewnętrzną rozpacz.
Skłoniło mnie to do refleksji na temat związków.
Dlaczego pomimo decyzji o rozstaniu wciąż czujemy coś do osoby, z którą kiedyś nas coś łączyło? Czym jest to „coś”? Żal? Rozczarowanie?
Jestem osobą impulsywną, potrafiącą pod wpływem jednego incydentu z kimś związanego zerwać z tą osobą kontakt i konsekwentnie trzymać się powziętej postawy, nie chowając urazy. Jestem wymagająca w relacjach.
Jednak jeśli chodzi o związki partnerskie jestem niesamowicie rozważna. Myślę, że to wynika z faktu świadomości ilości energii, czasu i zaangażowania, które włożyłam w tę drugą osobę. Zawsze toczę wewnętrzną bitwę z myślami i długo upewniam się, czy decyzja o rozstaniu jest słuszna.
Każdy kolejny partner miał być tym ostatnim, kimś znaczącym w naszym życiu. Niestety, statystycznie większość związków kończy się całkowitym rozpadem łączącej partnerów relacji, nie ma mowy o porozumieniu na płaszczyźnie luźnej znajomości.
Boimy się określenia „ta jedyna/ ten jedyny. Nie chcemy przyznawać się do poszukiwań drugiej połówki. Oszukujemy się, mówimy o relacjach niezobowiązujących, „na chwilę”.
Jeśli zapytamy osobę młodą, czy myśli o obecnym chłopaku/ dziewczynie przyszłościowo odpowie zapewne, że czuje się po prostu w jego towarzystwie dobrze, mają wspólne zainteresowania, stopniowo budują wspólny grunt na przyszłość, a czas pokaże jak ułożą się ich losy i czy życie usytuuje ich obok siebie.
Każdy powinien zbudować własną przestrzeń i mieć jej świadomość. Mówię tu o byciu samowystarczalnym w kwestiach bliskości. Każdy jej potrzebuje, nauczmy się ją zaspakajać w inny sposób, niż angażując się w związki niemające żadnej przyszłości. Zbudujmy przestrzeń dla życia towarzyskiego, zbudujmy własne zacisze domowe, znajdźmy pasję, realizujmy się we własnym zakresie.
Miejmy samoświadomość, którą będziemy mogli przedstawić przyszłemu partnerowi.
Uważam, że doświadczenie w relacjach damsko męskich jest dobre. Nawiązując kolejne relacje wiemy czego szukamy, mamy jasno skonkretyzowane wymagania.
„Dopiero w momencie całkowitej akceptacji własnej osoby będziemy w stanie otworzyć się na tę drugą połowę”- ktoś kiedyś powiedział. Nie zgadzam się z tym. Każdy ma demony przeszłości, które go definiują. To atut, różniący nas od innych.

Destrukcyjny wpływ

Staram się kształtować swoje życie biorąc rozum za przewodnika. Nie jestem szczególnie emocjonalną osobą. Dzięki temu jestem dobrym obserwatorem w relacjach.
Wszystko normalizuję, myślę logicznie, wręcz spłycam fakty, zwracam uwagę na związki przyczynowo skutkowe.
Czasem zdarza się jednak coś anormalnego w moim prostolinijnym myśleniu.
Tkwię w relacji dla mnie destrukcyjnej. Od dobrych paru lat. Zasadniczo nie chciałam tworzyć w tym miejscu dokładnego opisu swoich przeżyć, tylko skupić się na omawianiu ogólników dotyczących nas wszystkich. Jednak dla klarownego opisu sytuacji…
Macie w swoim otoczeniu osoby, które wywierają na was niewyjaśnioną presję? Nie mówię tu o ludziach od których jesteście zależni finansowo, czy w jakikolwiek inny fizyczny, czy mentalny sposób. Chodzi o osoby postronne, które teoretycznie nie powinny mieć wpływu na sposób waszego postrzegania świata, siebie.
Mówię o niewyjaśnionej presji, poczuciu bycia kimś podrzędnym w stosunku do nich. Znacie to uczucie?
Mam dominującą osobowość i z reguły odnajdując się w relacjach damsko- męskich skupiałam się na mężczyznach o łagodnym usposobieniu.
Pewnego dnia, zupełnym przypadkiem poznałam jego. Od samego początku miał fatalny wpływ na moją psychikę. Zniszczył ją doszczętnie. Uzależniłam się od poczucia zranienia, tęskniłam za głęboką rozpaczą, myliłam ją z miłością, bo cóż innego mogłoby oddziaływać tak bardzo na moje emocje?
Są osoby, które uważają, że ludzie się zmieniają z biegiem lat. Są osoby, które uważają, że ludzie zmieniają się pod wpływem głęboko poruszających wydarzeń w ich życiu.
Wiem jedno- on mnie zmienił.